Tym razem zaczynamy w Rengsdorf, a konczymy w Vallendar.
Trasa 28 km, ok. 6,5- 7 godz. wedrowki i 850 metrow wysokosci.
Oficjalny etap to 9 i 10.
Wreszcie urlop :-)
I wreszcie mamy czas, aby na spokojnie i bez stresu zrobic kilka etapow Rheinsteig, wyluzowani i bez pospiechu, ze trzeba wrocic jeszcze do domu.
Swietnie! Na to czekalismy :-)
Zastanawialismy sie tylko, czy damy rade przejsc tyle etapow po rzad. Jakby nie bylo, to, co zaplanowalismy na pierwszy tydzien urlopu, to "nie byle co". Wysokosc gor coraz wyzsza i coraz bardziej przechlapana ;-)
-Ale " w miare jedzenia, apetyt rosnie", jak to mowia. Poprzednie etapy tak bardzo nam sie podobaly, ze chec "na wiecej" byla silniejsza, a "strach" i obawa przesunely sie na dalszy plan. Tak, jakby ich wcale nie bylo :-).
Teraz moge juz powiedziec, ze to nie bylo takie "straszne", jak sie wydawalo. Czlowiek wedrujac dziennie tyle kilometrow z gory i pod gory, przyzwyczai sie do tego i nie czuje w miesniach ilosc przebytych kilometrow. Poprostu im juz jest wszystko jedno :-D
Rano wstawalismy wypoczeci i pelni energii tak, jakby te gorskie wedrowki nas nie dotyczyly. Nie powiem. Bylismy zaskoczeni, ze obylo sie bez jakichkolwiek bolow miesni i ze mielismy coraz wiekszy zapal na dalsze etapy.
No dobra. Nieswiadomi jeszcze tego, ze nic nam nie bedzie, postanowilismy sprawdzic nasza kondycje i zrealizowac plan urlopowy.
Spakowalismy torby z rzeczami potrzebnymi na pare dni, zapakowalismy plecaki i wyruszylismy z domu dosc wczesnie. Czekalo na nas 28 km, wiec chcielismy jak najpredzej zaczac, zeby moc przejsc na spokojnie i zdazyc do wieczora.
Dodam, ze zaplanowalismy odstawic auto na stacji koncowej w Vallender, zeby pozniej, po przejsciu, bylo do niego blizej i zebysmy nie musieli tluc sie zmeczeni autobusem i pociagiem, zeby dotrzec do poczatku etapu.
Dzien zapowiadal sie wspaniale.
Szczesliwi i pelni energii wsiedlismy do auta i ruszylismy na podboj gor ;-)
No tak. Jakby to bylo, gdyby wszystko szlo "gladko" i wedlug planu...?
Tu zaczely sie pierwsze schody...
Na poczatek, trafilismy na autostradzie na ogromny korek...
Potem, krotko przed Vallender, zaczelo lac, jak z cebra.
-Swietnie! Musimy przejsc tyle kilometrow- w ulewie. No, zyc nie umierac.!
Ale to jeszcze nic :-)
Po tym, jak zaparkowalismy auto w Vallender, poszlismy na dworzec i moglismy zobaczyc tyl naszego pociagu. Cudownie! Uciekl!
Coraz bardziej watpilismy, ze wyrobimy sie w czasie.
Na pociag musielismy czekac godzine.
Czekalo nas jeszcze "dorwanie" autobusu, zeby dostac sie do stacji poczatkowej- Rengsdorf.
Tutaj nam sie udalo i wydawaloby sie, ze teraz juz nic zlego nam sie trafic nie moze. Z autobusem nie mielismy zadnej niespodzianki, nie uciekl, nie mial opoznienia, przyjechal na czas i nie musielismy tracic wiecej czasu na czekanie.
No wszystko byloby wreszcie cudownie, gdyby nie to, ze przegapilismy przystanek, na ktorym musielismy wysiasc i pojechalismy o dwa dalej...
Mozna sie bylo zalamac. Jak na zlosc! Wszystko przeciwko nam :-/
A poczatek etapu byl juz taaaak blisko.....
Wysiedlismy gdzies na pipidowie za Rengsdorf i poszlismy innym szlakiem, ale w kierunku Rheinsteig. Oczywiscie to bylo niemozliwe, zeby ten nieznany nam szlag byl na tyle wygodny, zeby szybko dostac sie do wejscia na Rheinsteig.. Nieee - nie tym razem :-D - przeciez dzisiejszy poczatek dnia, to same porazki. Jakby to bylo, gdyby ta akurat trasa byla bezproblemowa??!
Hmm, szlak byl czesciowo bardzo zarosniety.- Wlasciwie, to nie byl juz szlak, bo byl niemozliwy do przejscia. - (hm? niemozliwy?? - hahaha, powiedzialabym raczej, ze byl dla twardzieli :D )) .
Przebijalismy sie przez trawy siegajace nam prawie do pasa (hmm, witajcie kleszcze!!! :-) ).....- czesciowo...- musielismy "walczyc" ze zwalonymi drzewami, ktore lezaly na srodku sciezki :-///
To bylo straszne :-D - a czas nam nieublaganie uciekal....
W koncu, po wielkim bolu, ok. godz. 13.00 wyszlismy na prosta! No. Znajac Rheinsteig wiedzielismy, ze teraz zadnych niespodzianek nie powinno juz byc.
Zeby zdazyc czasowo, przekreslilismy dluzsze przerwy na posilek i sesje zdjeciowe.
Jednak widoki byly tak piekne, ze nie moglam sie powstrzymac i musielismy choc na chwile sie zatrzymac i je uwiecznic.
Trasa byla bardzo dobra do przejscia, na niektorych odcinkach szlo niezle nadrobic stracony czas, ale czesciowo podejscia do gory byly tak straszne, ze znow nas troche przystopowalo.
Czesc trasy za zamkiem Sayn byla najgorsza, ale za to wynagrodzila nas - jak zwykle cudownym widokiem.
Krotko przed koncem etapu, poprostu padlismy. Usiedlismy na brzegu pola (nie bylo w poblizu zadnych lawek) i musielismy zrobic dluzsza przerwe.
Przejezdzajacy ludzie dziwnie sie na nas patrzyli i jakos dziwnie sie usmiechali :-D
-Ojjj, gdyby wiedzieli co i ile dzisiaj przeszlismy, to moze by sie zatrzymali i podaliby nam chociaz szklanke wody :-DDD ;-)
Zakonczylismy nasza przerwe i ruszylismy do przodu.
100 m dalej- od naszej "knajpki" na trawie :-D ...- stuknelismy sie w glowe!
Na co trafilismy? - Na chatke, w ktorej mozna bylo wygodniej usiasc i na spokojnie sobie zjesc...
- No tak, to juz nie pierwszy raz, gdzie siedlismy na trawie przy drodze i wyciagnelismy buly, a troche dalej byla lawka...
Dobrenelismy w koooncu do celu!!! Juuupi!
Ale, ale... :-D
To jeszcze nie oznacza, ze skonczyly sie nasze porazki :-DDD
Gdzie tam! Dzien nie mogl sie tak poprostu zakonczyc...
Musielismy jeszcze znalezc nocleg i w tym momencie znow bylo tragicznie!
Jedyny hotel w okolicy byl zamkniety. Dzisiaj. Dzisiaj akurat mieli wolne!!!
Pieknie!
Zapadl juz wieczor, oboje bardzo zmeczeni, a my? - Bez noclegu...
No cudowne zakonczenie dnia.
Dopiero kawalek za Koblenz i w sumie po wielkim stresie (nigdzie nie bylo wolnych pokoi) udalo nam sie dostac jakis pokoik i po wzieciu prysznicu padlismy nieprzytomni do lozek.
Uuuuj, to byl dzien. Dzien pelen przygod i niespodzianek.
Jestem pewna, ze TEN dzien i ten etap zapamietamy na dlugo!
- Ale mimo wszystko, to byl na prawde piekny dzien.
~Nasz szlak, ktory prowadzi na Rheinsteig. - Oczywiscie taki widok, to byl jeden z wielu :-D
Zaluje, bardzo zaluje, ze nie zrobilam zdjec,
jak przebijalismy sie przez chaszcza :-D
Pokrzywy, trawy, krzaki z ostrezynami, zwalone drzewa i brak w ogole jakiejkolwiek ludzkiej sciezki, to dla nas pestka. Czlowiek w gorach zawsze musi sobie jakos poradzic, wiec takie rzeczy nam nie straszne :-DDD
-Ze zdjec na pewno mielibyscie niezly ubaw :-D ~

~Po wielkich trudach i cierpieniach, zostalo nam to wynagrodzone.
Szkoda tylko, ze bylo tak malo czasu, aby dluzej delektowac sie tymi widokami.~

~Gdzies po drodze~

~Kolejny widok, ktoremu nie moglam sie oprzec.~

~Sucha galaz.. Czyzby to zwiastun jesieni?~

~Jak zwykle- poprostu pieknie...~

~Lekko zamglone, ale i tak mozna bylo nacieszyc oczy tym widokiem~

~Zamek Sayn. Bardzo wielki i dosc "malowniczy".~

~Gdybysmy mieli wystarczajaco duzo czasu, pewnie skorzystalibysmy z ochlodzenia zamkowej fontanny. Niestety czas nas gonil, wiec odpuscilismy... ;-)~

~Zamek Sayn. Tu widac jego wielkosc ~

~Na doline, nie moglismy sie napatrzec. To byl jeden z tych cudownych widokow.~

~Tutaj wspomniana wczesniej chatka, w ktorej mozna bylo zrobic sobie wygodniejsza przerwe.
Ale po co? Trawa i pobocze, to rowniez doskonale miejsce na zjedzenie posilku :-D ~

~Cielaczki patrzyly na nas z dalszej odleglosci~

~Bidulki, nie wiedzialy co zrobic. -Czy podejsc, czy lepiej zostac tam, gdzie stoja.
- ale widac, ze ciekawosc ich "zzerala", bo chcialyby, ale sie boja... :-D
Byly slodkie. ~

~Na zakonczenie -profil wysokosci.
Tu, mysle, ze mozna dostrzec, jak mielismy "wesolo" wchodzac z gory i pod gore :-D
Chcialam jeszcze zaznaczyc, ze nasz etap, powinien miec 28 km.
Na profilu mozna zobaczyc, ze to nie bylo 28, a 31 km - to "zasluga" naszych przygod.
Dzieki nim, etap nam sie ciutke wydluzyl :-D ~

~Zolta kreska na mapie, to nasza trasa~